Ludzi!!! Pali się…

Obudziliśmy się wśród nocy 13.06 2015r. od szalonego hałasu i walenia w drzwi. Otworzyłam oczy i nie mogłam pojąć co się wokół mnie dzieje. W gardle piekło okropnie i smód przedostawał się gdzieś do samego dna płuc. Powoli spełzłam z wersalki i szurając klapkami poszłam włączyć światło. Mąż też obudził się i poszedł do drzwi. Jak tylko lekko uchylił wejsciowe drzwi, do mieszkania buchnął spory kłąb zjadliwego czarnego dymu. Lato, okna uchylone, ale przez nie też wali dym. Zamykam szybko okna, chwytam telefon i nabieram 998. W słuchawce słysze głos dyżurnego. Tłumaczy mu co się dzieje i pytam, czy dostali już zgłoszenie. Uspokaja mnie, że już wyjechali na wezwanie, że pali się na parterze i mamy namoczyć ręczniki i oddychać przez nie.

Mokre ręczniki nie pomagają, dym dostaje się do płuc i w piersiach niesamowicie piecze. Snujemy się od drzwi do okien i próbujemy zrozumieć co się dzieje i gdzie się pali. W domu gęsto od dymu, nie widać nic, nawet lampki, która się świeci, ale jest ledwo widniejącym punktem na suficie…  Próbuje wydostać się z mieszkania na korytaż, ale kiedy dotykam klamki to natychmiast odskakuję od niej, bo jest gorąca. Siadłam na krzesełku i odleciałam w myslach daleko. Widziałam jak płomienie liżą drzwi płonącego mieszkania na parterze, jak strażak na rekach wynosi dziecko…

– Jak się pani czuje? – Pyta strazak dudniacym głosem… wszedł do nas tuż po zgaszeniu pożaru. Ubrany w maskę ochronną wyglądał jak przybysz z innej planety… tyle, że mundur strażaka świadczył, że to całkiem ziemska istota.

– Źle, cięzko mi oddychać i piecze wszystko w środku.

– To niech pani zejdzie na dół, tam są lekarze z karetki, zbadają panią i udzielą pomocy. Pomóc, czy sama pani da rade? Proszę jeszcze  otworzyć okna i wywietrzyć pomieszczenia.

– Dam radę, – skrzypie cicho, ubieram szlafrok….

Powoli schodze po mokrych i okropnie brudnych schodach wręcz po omacku, bo nie ma prądu na klatce schodowej. I tylko słupy swiatła od latarki strażaka cas od czasu wychwytują okropny widok. Na dole cała ulica zastawiona samochodami pożarowymi i karetkami. Mąż chwiejnym krokiem ledwo czołga się za mną. Biedak dopiero wczoraj był na kroplówce chemii. Jest osłabiony i wystraszony. Twarz mu zszarzała od choroby i zdenerwowania, a tu jeszcze ten okropny dym.  Dopałętaliśmy się do karetki. Nie pamietam ani jednej twarzy tych osób, pamietam wyłacznie kolor ubrania ratowników… raził oczy, bo był tak oczojebno-pomaranchowy, że hej… Posadzili mnie na krzesełko w karetce, nałożyli maskę tlenową na twarz. Męża zabrali do innej karetki. Po około godzinie i zapewnieniach, że ze mna jest całkiem dobrze, odpuścili mnie do domu. Chodziłam od karetki do karetki szukajac męża i nie znalazłam. – Gdzie on jest do licha, – pomyslałam zdenerwowana, bo widziałam jak wymiotował na ulicy kiedy wychodzilismy. – Sakrable, przeciez jak go zabrali do szpitala, to powinni mi o tym powiedzieć, a ja nie mam kluczy do mieszkania, ani nic…

Zrobiłam jeszcze jedno kółko między samochodami i polazłam po schodach na górę. Na dworze szarzało i powoli świat zaczął budzić się ze snu, na ulicach zaczęły snuć się w rózne strony ludzie. Ptaszki ćwierkakały jakby nic się nie stało, świat nadal żył swoim życiem i tylko nasza kamienica od wewnątrz wyglądała jak pobojowisko.

Weszłam na swoje piętro i z ulga odetchnełam, bo mąż stał w drzwiach i rozmawiał ze strażakiem. Mierzyli stęzenie CO w pomieszczeniach i wietrzyli klatke schodowa i mieszkanie…  Dopiero jak ochłoneły emocje po tym strasznym i nieprzyjemnym wydarzeniu, zaczęłam się zastanawiać co to było? Jakim cudem ja mogłam widzieć strażaka, ktory wynosił dziecko z płonącego mieszkania, przeciez byłam kilka pięter wyżej w tym czasie i nie mogłam tego widzieć? A na dole słyszałam, siedząc w karetce, że dwie dorosłe osoby poszkodowane i poparzone, a dziecku na szczescie nic się nie stało. Było jedynie rozespane i wystraszone. Przed tym nawet nie wiedziałam, kto mieszka w tym lokalu i że tam jest dziecko. Zasiedlili lokatorów gdzieś z pół roku temu chyba. A ja nie miałam ani czasu, ani ochoty na wywiady, jak inne moje sąsiedzi po bramie.  Wiele razy miałam jakies dziwne zawieszki mózgowe i obrazki, świadomośc zagrożenia w podobnych sytuacjach, ale nigdy tak dokładne i wyraźne tego nie widziałam, jakby tam byłam…

 

Refleksja na temat związków.

Niezaprzeczalnie czasy się zmieniają. I to tak szybko, że za nimi nie nadążamy. A jeszcze szybciej zmieniają się gusta, moda i zwyczaje. Dziś jestem babką półwiekową, i żałuje, że jak miałam lat 20 – byłam zakompleksioną i nieśmiała dziewczyną. No ale  takie były czasy … i wychowanie niestety. Przecież jak bym znała te wszystkie sztuczki, co znam dziś i znałabym, to co dziś, to na pewno byłabym kim innym. Zmarnowałam dobrych kilka lat na przypodobaniu się facetowi, który mało, że mnie nie kochał, to jeszcze kręcił mną jak cygan słońcem. Kiedyś za króla Ćwieka, to matki uczyli młode dziewczyny jak się do faceta uśmiechać, jak trzepotać rzęsami, jak mdleć, ale i to, jak mieć swoją kobiecą godność … Śmieszne no nie? Ale wtedy i faceci byli z innej gliny. Dziś facet – to wymierający gatunek. Jedni umierają od przepicia lub przedawkowania, inni tracą powoli cechy męskości według średniowiecznych standardów. I z kogo tu dziś wybrać? Bo kobiety i dziewczyny to chcieli by takiego mężczyznę, co to w przyrodzie nie istnieje. Bo nie da się z mężczyzny takiego męskiego na 100% zrobić potulnego baranka, co to by odkurzał dywany, robił zakupy i łaził godzinami za nami, obwieszony górą reklamówek na zakupach, prowadził intelektualne rozmowy o duchowości i rozwijaniu się. Taki męski facet by dostał szału od takiej perspektywy i na bank by uciekł. Najchętniej poszukał by kandydatki na żonę wśród panien, które oczekują od faceta brutalności, zdecydowania no i innych rzeczy, które dają możliwość prężyć muskuły i nie wymagają intelektualnych rozmów. Z kolei kiedy wymagamy od faceta zrozumienia i czulości, współczucia, ciekawych romantycznych rozmów, wrażliwości, to nie możemy jednocześnie wymagać, że chwyci miecz, skoczy na konia i będzie walczyć o nas z całym światem. Tacy mężczyźni to ładna bajka, wymyślona autorami romansideł.

Wracając do rzeczywistości musimy określić, czego oczekujemy od przyszłego kandydata na partnera. Dla tego proponuje rozdzielić kartkę papieru na pół i dla samej siebie określić cechy charakteru : po jednej stronie cechy partnera jakie chciały by widzieć, a po drugiej odwrotnie. Potem jak już napiszemy, przeczytać kilka razy i skreślić te kilka, które można ostatecznie pominąć. Czyli skrócić listę do tych cech, które są niezbędne i zostawić 4-5 najważniejszych po obydwu stronach. Sprawdzić czy te cechy, co pozostały, jakoś razem są w stanie ulokować się w jednej osobie, i czy to jest realna lista. No bo znam jedna panienkę, co to chciała mieć faceta do wszystkiego (nierealne), a miała chłopaka intelektualistę z rękoma, wyrośniętymi z innego miejsca, niż u wszystkich normalnych facetów. Jak się tylko zaczynało coś psuć w domu, ten biedak miał zastąpić wszystkich fachowców świata, bo … I zaczynały się problemy, bo kasy mało, bo nic zrobić nie umie itp. Inna miała w domu gościa „złota rączkę” z innym mankamentem. Kłótliwy, marudny i bez przerwy bluzgał. No i silę miał jak trzech intelektualistów. No ot i pożyczyła jedna Pani drugiej Pani męża na chwilę, żeby zlikwidować przecieki w rurach. I słyszę od tej pierwszej dziewczyny taki tekst: wolałabym takiego, co to wszystko umie, bo tamten nic nie umie zrobić ani zarobić. Ale jakby ten co umie nie bluzgał i nie marudził itp. „No sorry taki mamy klimat” albo jedno albo drugie. Poświęć jedno za rachunek tego, na czym ci bardziej zależy, przyjmij człowieka takim jak jest. Przecież za coś tego człowieka wybrałaś. Nie staraj się go przerabiać na swoje kopyto. Widziały gały co brały. Nie chcemy się dostosowywać, to rezygnujemy. Jaki problem? Nie pasuje facet – do widzenia, nie zawracaj głowy ani jemu, ani sobie. A nie tak, że żyje kobieta potem w frustracji całe życie, męczy siebie i tego biedaka. Potem te frustracje wymieszcza na dzieciach i nie jest w stanie ich nauczyć bycia szczęsliwymi. Dla czego wszystko „zwalam” na kobietę? Bo to ona wybiera tak naprawdę, a nie ON. Mało feministyczne? O nie! Raczej odwrotnie. Skoro takie mamy czasy…

Władzio i bociany.

Autor: Dzwinka Torochtuszko

Tłumaczenie z ukraińskiego: Xena Dark

 

Poranne sny zawsze przezroczyste i płynne, zupełnie jak nasza rzeka. Woda w niej tak spokojna, niczym nie zmącona, jakby uśpiona, ale przecież wiesz, że woda płynie. I wydaje się, że to nie woda, a zastygłe lusterko. Ale ona płynie ta rzeka. Spójrz: wodorosty się kołyszą między kamieniami, niekiedy błyśnie na słońcu łuską całkiem jeszcze mały pstrąg. Dalej…

– Tuk-tuk! Tuk-tuk!

Gładka powierzchnia rzeki nagle się roztrzaskuję na drobne kawałki, po powierzchni lusterka mnożą się fale, mały pstrąg w pośpiechu wystraszony śmiga w tatarak.

– Tuk-tuk!

Przyłożył dłoń daszkiem do czoła, oparty długim nosem o szybę, zagląda przez szybę i mój sen. Wali w szybę Władzio mój sąsiad. Jak moja mama mówi: cholerne pijaczysko. Skręcam mu figę przez firankę i chowam się znów pod ciepłą kołderkę. Mam nadzieję, że zobaczę jeszcze małego pstrąga.

– Tuk-tuk!

Wyglądam… Odsuwam firankę. Stoi biedaczysko, cały brudny, wymięty od makówki do rozdeptanych buciorów nie do pary i trzęsie się jak gówno w przerębli. Kuźwa! A mówił, że rzucił picie.

– Władzio, – mówię. – Go home! Wódki nie ma!

– Ta jaka wódka? Powiedziałem przecież: nie pije. Wyjdź – nieszczęście u mnie. Nie mogę rozebrać wiaty, kumasz?

– Tak kumam, a ja to jestem spychacz, co?

– Ty – bulterier! Nie, nie… Nie o to chodzi! Wyjdź proszę! Tam do mnie bociany przyleciały. Zaczekam na ciebie, ubierz się cieplej.

Trzęsącymi się dłońmi wyciąga taniego papierosa, odpala i tupta na podwórku. Szkoda go. Nie tak jego samego, jak tego co zostało stracone zanim się zaczęło? Tego czego nie było, a przeminęło? Życia chyba ?

Sąsiedzi naplotkowali, że Władzio rzucił picie, ale za późno – marskość wątroby u niego jakby. I zostało mu tego żywota według kilku „wiarygodnych” źródeł informacji – od mało co, do wcale…

– Gdzie się wybierasz? – Mama rozlewa poranne mleko do słoików.

– Tam Władzio, – mówię, – pukał do okna. Opowiada, że bociany do niego przyleciały.

– Białe króliczki do niego przyleciały chyba, jełop. A niedługo to białe niedźwiedzie się przyśnią, jak będzie się głupotami zajmował. Jemu to trzeba iść do lekarza, a on koło tej ruiny się kreci i grzebie. Jak by mu lekarze tą wątrobę wycieli, to może by jeszcze pożył sobie po ludzku.

– Mamo, wątroby nie wytną całkiem, mogą tylko przeszczep zrobić.

– E tam! Ja się na tym nie wyznaje,- mama macha ręką. – Masz tutaj. Daj mu litr mleka. Ja czasu nie mam, muszę iść do koleżanki, ona ma internet, będziemy oglądać kalendarz księżycowy, bo niedługo trzeba działkę zasadzić.

Ubieram się, opatulam ciepłym serdaczkiem i wychodzę na dwór. Wdycham marcowy ranek, zimny i cierpki, jak świeży sok.

– Masz, – mowie Władziowi. – Mama dała mleko.

On zdejmuje ze słoika pokrywkę i wolno, małymi łyczkami pije ciepłe jeszcze mleko. Milczę. Wszystko rozumiem. Nie ma kasy, nie ma pracy, żyje biedak tym, co ludzie dadzą. A to za skopanie ogródka, lub za inne drobne roboty. Ludzi na wioskach też zostało nie wiele… i głównie staruszkowie.

– Ale jakie dobre! – Władzio oblizuje usta. – A ja tyle lat idiota chlałem wódę. Dobrze twoja matka mnie podsumowała, mówi – stary pień z gałami. Tak, to ja. Stare próchno, za które ledwo życie się trzyma.

Idziemy pod ogrodami, przez między. Zeszłoroczna trawa połyskuje malutkimi kropelkami.

– Czy to rosa?

– Ty, miastowa paniusiu! – Śmieje się Władzio. -To przymrozek. Słońce wyszło – szron stopniał. Ot tobie i rosa. Za wcześniej na rosę. Rosa dopiero w maju pada. Patrz: to mój sad, – dumnie mówi.

Jeszcze jesienią tu były takie chaszcze, dziwie się, że tu jeszcze wilki nie wyły. A teraz – stare jabłonki ładnie przycięte, obok wysoka majestatyczna stara gruszka . Pamiętam ją. Babcia Władka nazywała ja „Czarna bera”. Rodziła takie ogromne brązowo-złociste gruszki, pachniały miodem i latem. I jabłka z tej jabłonki – „kosmyny”, słodkie-słodkie. A dalej czereśnia, aż czarna, co to nią usmarowaliśmy się nie raz jak prosiaki…

– Tuk-tuk-tuk-tuk!

Ot tobie i całe wiejskie stukanie od samego rana.

– Ty co masz ekipę remontową, remonty robisz?

– No tak, – cicho mówi Władzio. – O zobacz: u mnie budowa. Budowlańcy same przyleciały i same do roboty się zabrały. Na wiacie. A ja chciałem rozebrać. No i co ja teraz mam robić?

Od kiedy zmarła Władziowa matka, wiata stała pusta. Tylko myszy tam grasowały oraz wiejskie koty na wiosnę i jesień weseliska urządzały. Powoli to drewniane cudo wiejskiej architektury zaczynało się poddawać, wykrzywiać i osiadać w ziemię. Władzio miał rację – naprawiać tą ruderę nie było sensu, trzeba było rozebrać. Ale…

Na samym rogu zniszczonego i przechylonego dachu tuptały dwa bociany. Dzielnie kłapały dziobami i dokładnie: gałązka do gałązki wili gniazdo. Z wielkim natchnieniem oraz z majestatyczną zawziętością, jakby nie gniazdo na przekrzywionym dachu wili, a budowali najświętsze sanktuarium we Wszechświecie. Jakby to nie gałązki nosili, a strumienie kosmicznej energii przeplatali jeden przez drugi, jak by nić czasu wplatali między gałązki i wiązali tym samym między sobą przeszłość i przyszłość. No i ta glina w dziobach… Twórcy. Architekci.

– Chm, – to Władzio. – Myślałem ją rozwalić i wszystko to posprzątać. No chyba rozumiesz? Słyszałaś chyba już. Chciałem, żeby jak córka przyjedzie na pogrzeb, to tu było czysto i ładnie. Niech powie, że ojciec chociaż życie swoje przesrał, ale jednak zmarł jak człowiek. Miałem taki plan dzisiaj, wstać rano i za robotę się zabrać, a tu one. Co mam robić?

– Jak to co? Czekać do jesieni. Nie wolno ich ruszać, ani wyganiać. To – BOCIANY!

– No tak bociany! Boćki nosate! Wpieprzyli się na moją wiatę, co ja ich tu zapraszałem? Ja do jesieni nie dożyje. Bo mnie wykańcza. Boli okropnie. I to nie wątroba. Wstydzę się, ale tobie powiem. Ty u nas jak partyzant, tobie można. Dupa mnie boli, rozumiesz? Tylko mleko i rzadkie mogę jeść, bo wtedy krew nie leci. Nie będzie mnie już na jesień. Co mam robić?

– Idź do lekarza, – mówię. – A bocianów nie tykaj, one zgodę i szczęście przynoszą.

– Tak. I jeszcze dzieci przynoszą. W swoich długich dziobach przynoszą. Bez pytania. Tak samo jak na moją wiatę się wepchnęli. Szanowne Bociany! – Nakręcał się Władzio. – A może do pełnego szczęścia wy mnie jeszcze dzieciątko przyniesiecie?

Bocian zostawił gałązkę, którą układał, machnął skrzydłami i popatrzył w naszym kierunku. Na Władzia się popatrzył, ależ jakim wzrokiem… Jak na małe, niemądre i łobuzowate dziecko patrze doświadczony dorosły. Albo Bóg tak patrzy na pokutnika. Wybaczającym, mądrym spojrzeniem.

* * *

Wiosna. Byłam u siebie w domu. Wieczór. Włączyłam sobie Wiwaldiego. No wiecie żeby w betonowej skorupce poczuć zapach przyrody, pierwszych wiosennych kwiatów, strumyki, już zaczęłam nawet wyobrażać sobie malutkiego pstrąga jak pluska się w rzece. Jak zza góry wyszło słoneczko, patrzy na wszystkich z góry, świeci i grzeje. I nie ma żadnej taryfy, nie ma czasowych odłączeń zasilania i oszczędności. Świeci to nasze słoneczko, aż zapełnia światłem nasze góry. Jak muzyka.

Nagle wyrywa mnie prawie ze snu głośny, wstrętny dzwonek. Telefon.

Jezu! Ale nie w nocy. I nie od sąsiadów mojej mamy.

– Halo, halo! Słyszysz mnie? Przyjeżdżaj natychmiast! Już!

– Władzio? Co się stało? Coś z mamą? Co?

– Cicho! Cicho! Mama. Ale nie twoja. Mama mia – co się dzieje! Przyjeżdżaj pierwszym autobusem. No i jeszcze… Wiesz nie obrażaj się, dobrze? Masz zapasową pościel?

– Jaka pościel? Co się stało Władzio?

– No wiesz taką na łóżko. Strasznie potrzebuje. Ja potem odpracuje twojej mamie na ogródku, albo drewna narąbię…

* * *

– Nie, u nas takiego pacjenta nie ma. Na chirurgii też nie ma.

Tania, znajoma ze szkolnej ławki pociągała się jak kotka, co dopiero wstała ze spania. Nocna zmiana. Ale noc była spokojna, nawet udało się pospać.

– To ty o Władziu? On jeszcze żyje? O holender! To ty przez jakiegoś pijaczynę o świcie sama nie śpisz i innych zrywasz?

– No przecież dzwonił w nocy, narobił rabanu. Myślałam, że do was trafił.

– Akurat, to chyba delirium nim dzwoniło. Nachlał się gdzieś i szumi. A ty lecisz jak na pożar.

– No ale chciał pościel …

– No tak?! – Rży Tańka. Może sobie jaką kobietę przyprowadził?

* * *

Trawy pięknym kilimem pokryły góry. Takie piękne te kilimy, że oczy ciężko oderwać. Idziesz leśną ścieżką, a one tobie do nóg się ścielą, oczami żółto-białymi w duszę zaglądają i listeczkami trzepoczą, niby cieszą się, niby witają się. Chce się narwać tego piękna garściami i przynieść do domu, żeby też tak cudownie pachniało…

A nie mona! Bo to – anemona. Lekarska. To idź że sobie ścieżką i ciesz się widokami. I oddychaj. Delektuj się ciszą i zapachem pierwiosnków.

Władzio siedzi na pieńku koło chałupy. Pali papierosa. Trzeźwy. I jakiś dziwny. Taki rozświetlony czy światły? Czy… Nie wiem. I nawet ogolony, czysto ubrany. Na podwórzu wszędzie naciągnięte sznurki, na nich wisi i trzepocze na wietrze pranie. Na wiacie – bociany. Trzaskają dziobami i trzepoczą skrzydłami. A Władzio jakiś zadumany. I wzrok ma jakiś taki zagubiony jakby.

– Cześć! Myślałam, że jesteś w szpitalu.

– Cicho! Cicho! Proszę cię!- Szepcze. – A to obudzisz. Przecież rano jeszcze, dopiero siódma.

– Co się stało? Kogo rozbudzę?

A sama myślę: nie może być, że Tańka miała racje i jaką babę przywlókł. Pijak cholerny. Zabije gada!

– Chodź tutaj, – mówi szeptem.

Idziemy do chałupy. Zawiasy tak naoliwione, że oliwa aż na podłogę skapuje, a drzwi otwierają się bez jedynego dźwięku. W sieni ciemno, że idzie się zabić, ale w pokoju świeci się lampka, napalone jak w saunie. Na łóżku śpi młode dziewczę, przykryte potrzepaną kołdrą. Młodziutka dziewczyna, prawie dziecko. Jasne włosy rozrzucone po poduszce, na czole od gorąca wystąpił pot. O rety! I smokcze kciuka przez sen…

– Władzioooo! – zaczynam syczeć wszystkimi gadzimi oktawami na jakie jestem zdatna. – Czy ty już całkiem zwariował? Przecież to dziecko prawie!

– Moja córka, – mówi cicho. Śnieżana. A ty sobie co pomyślała? Pościel przywiozłaś? Ona wczoraj mi jak śnieg na głowę spadła. A u mnie niczego nie ma… sama wiesz.

– W odwiedziny? – Pytam.

– Nie. Na zawsze. Moja była ją wygoniła. Zaszła biedna w ciąże, chłopak z przestarachu uciekł do mamusi do Włoch. A ta moja stara rodzone dziecko wygoniła z domu. Mówi, że wstyd jej robi. A to, że sama już ma czwartego przydupasa z kolei, to nie wstyd?

– Popatrz na siebie, – mówię.

– A ja właśnie na siebie patrzę. Mam 55 lat, Władzio zdrów i żyje znów. – Śmieje się.

– Powiem ci uczciwie. Ale tylko tobie. Byłem u lekarza. Jeszcze w tamtym tygodniu. Zarobiłem trochę grosza, woziliśmy drzewo z Tośkiem. Wódki już nie pije – to poszedłem do doktora. To nie rak, to zwykłe hemoroidy. Kupiłem czopki – i wszystko minie.

Wykładam cicho na stół zaścielony ceratą wszystko co przywiozłam. Myślałam, że jest w szpitalu. Pieczywo, sok, kanapki…

– Jejku, ale się wykosztowałaś… Ale to nic, ja to wszystko odpracuje. Nas teraz dwoje, chociaż ta moja Śnieżana też niezłe ziółko. Charakter ma parszywy. Bo mój. Oby tylko nie zaczęła chlać…

Wychodzimy na podwórko. Bociany latają nad gniazdem, nad domkiem. Unoszą się wyżej i lecą. Słońce odbija się blaskiem na ich skrzydłach i wydaje się, że to one niosą go nad światem.

– Słyszysz? A ty prawdę mówiłaś.

Władzio odpala papierosa i wypuszcza zjadliwy dym w zimny poranek.

– BOCIANY, – one szczęście przynoszą. A dzieci – no to ja już sam o nich prosił. Bez prośby, one ich nie noszą …

Witaj, świecie!

Witam na blogu!

Nazywam sie Xena Dark. Xena – to z Greki „obca”, Dark – tajemnicza. Oto cała moja natura w tym pseudonimie. Jestem emigrantka i jestem tajemniczą, bo mam kilka tajemnic, które mogą umrzeć wraz ze mną. Blog mój ma na celu zamieszczenie w nim moich codziennych przemyśleń, refleksii na przeróżne życiowe i nie tylko tematy. Będę tu zamieszczać wpisy własnego autorstwa oraz perełki innych autorów zagranicznych, które będę tłumaczyć. Mam nadzieje, że blog mój będzie ciekawy dla osób w różnym wieku. Tym bardziej, że mam już swój wiek, a właściwie pół wieku 😉 i doświadczenia życiowe. Jestem spełniona jako matka dorosłego syna, szczęśliwa w małżeństwie. Mam za sobą różne przygody życiowe, ale i dobre zrozumienie dzisiejszej młodzieży, problemów wieku dojrzewania i dorastania. Jestem też osobą, która w życiu pozbyła się wielu kopleksów i znam recepty jak to zrobić, mogę się nimi dzielić. Jestem wyzwoloną w wielu aspektach. Kobietą, która nie wstydzi się rozmow o seksie i w tym aspekcie jestem równiez spełnioną 🙂 .  Nie lubię głupoty, arogancji, wulgaryzmu, nietaktu. Staram się być we wszystkich sytuacjach życiowych sobą, nikogo nie udaję. Staram się postępować z ludźmi w sposób, w który sama bym chciała być traktowana. A więc życzę Wam i sobie dobrej zabawy na moim blogu. Wszystko, co zamieszczam w tym blogu jest chronione prawami autorskimi.